The Beginning ~ Prolog

Cassie Pov
Ostatni raz przejechałam mopem po jasnych panelach, następnie wkładając go do wyrzynarki i w końcu kończąc moją pracę na dzisiaj. Praca sprzątaczki nie jest łatwa, a zwłaszcza na tak dużym obszarze jakim jest dom kultury i ze świadomością, że harujesz tak ciężko za marne grosze, które ledwo starczają ci na przeżycie. Jednak kto mówił, że będzie łatwo? 
Zamknęłam drzwi od biura, które wyczyściłam na błysk, chowając klucze od niego do kieszeni mojego fartucha. Odwróciłam się gwałtownie z zamiarem ruszenia do swojego pokoju, ale jak spod ziemi wyrósł przede mną mój szef. Ugh, kiedy go zobaczyłam poczułam jak żołądek pochodzi mi do gardła. Sama nie wiem czy ze złości, a może ze zdenerwowania. Naprawdę nikomu nie życzę takiego pracodawcy, bo to wieprz nad wieprzami
- Właśnie skończyłam robić ostatnią salę 
Starałam się być miła, a nawet wymusiłam z siebie sztuczny uśmiech, który w jego towarzystwie jest bardzo trudny do osiągnięcia w naturalny sposób.
- Muszę Cię poinformować, że na dzisiaj jeszcze masz jedno zadanie - westchnął - otóż otrzymaliśmy wiadomość, że pewna rodzina wynajęła salę widowiskową na urodziny swojego syna i natychmiast potrzebujemy kogoś do sprzątnięcia jej i w związku z tym, że na dzisiejszej zmianie jesteś ty, to ty masz obowiązek to zrobić
Powiedział to bez cienia emocji, ze znudzeniem patrząc na moją zszokowaną twarz
- Jak to mam obowiązek? - uniosłam brwi do góry - nie chcę być nie miła, ale pragnę przypomnieć, że muszę odebrać córę z przedszkola - wyjaśniłam
- Niestety, ale dzisiaj musi Pani zostać dłużej, bo okoliczności w jakim się znaleźliśmy są jasne - wzruszył ramionami
- Ale-
- Nie ma żadnego "ale" - przerwał mi - proszę zabierać się do roboty, bo czasu jest coraz mniej
Powiedział jak gdyby nigdy nic i odszedł z dumnie uniesioną głową, jeszcze bardziej mnie tym poniżając. Stałam tak jak słup soli i nie mogłam w to uwierzyć. Moje pieprzone godziny pracy już minęły i w tej chwili powinnam wychodzić po moje dziecko, które już na mnie czeka, ale ja muszę poświęcić jeszcze 2 godziny na spędzenie w tym wielkim, wiejącym chłodem budynku. Wystawiłam środkowy palec w stronę pleców mężczyzny, nie zwracając uwagi na kamery, których z resztą i tak nikt nie sprawdza. Przecież to jest sponiewieranie pracownika, a takie zachowanie jest karalne. Zacisnęłam usta w wąską linię, próbując opanować swoje zszarpane nerwy, ponieważ nie chcę stracić tej pracy, a z resztą nawet nie mogę sobie na to pozwolić.
To już 3 raz w tym miesiącu, kiedy spóźniam się z odebraniem Lily i boję się, że przedszkolanka opiekująca się grupą mojej córeczki już więcej tego nie zniesie, a na dalsze dojeżdżanie do przedszkola nie mam ani czasu, ani siły.
Dlaczego chociaż raz coś nie mogłoby pójść dokładnie po mojej myśli?
No tak, bo to przecież moje życie, zapomniałam...

Justin Pov
Kilka metrów dalej otworzyły się stalowe, wielkie drzwi, które stanęły przede mną otworem i dały prostą ścieżkę do wolności. Nawet nie wiecie jak dużo razy marzyłem o świeżym powietrzu w przeciągu 5 lat mojego pobytu tutaj, a teraz w końcu opuszczam to miejsce. Pewnym krokiem zacząłem iść przed siebie, w tym samym czasie rzucając spojrzenia pełne pogardy w stronę osób, których napotkałem na swojej drodze i których jednocześnie doskonale znałem. W końcu nie będę musiał patrzeć na ich parszywe mordy, które nieraz niemal doprowadzały mnie do nudności.
Chodziłem po uliczkach Bronxu, kompletnie nie wiedząc co ze sobą zrobić. Rodzice nie chcą mnie nawet widzieć w zasięgu swojego wzroku, więc został mi jedynie Ryan, do którego właśnie teraz wybieram numer. Stanąłem w odludnym miejscu, nie chcąc, żeby ktokolwiek podsłuchał moją rozmowę i czekałem, aż mój przyjaciel odbierze
- Halo? - usłyszałem jego głos w słuchawce
- Stary, zgadnij jaki jest dzisiaj jest dzień - uśmiechnąłem się sam do siebie
- Powiedz mi najpierw kim ty do cholery jesteś
Zaśmiałem się na jego słowa, przewracając teatralnie oczami
- Tutaj Justin, idioto - prychnąłem
- O kurwa - powiedział nagle - spieprzyłeś z pierdla?! - krzyknął do słuchawki
- Dzisiaj właśnie z niego wyszedłem, kutasie - odparłem, zaznaczając ostatnie słowo
- Ej, kutasa to ja mam w spodniach, więc proszę mnie tutaj tak nie nazywać - udawał oburzonego - a tak serio, to kompletnie o tym zapomniałem - wypuścił powietrze z ust
- Więc dlatego do ciebie zadzwoniłem, bo znając Ciebie, to nawet nie pamiętasz co jadłeś wczoraj na obiad - z moich ust wyrwał się krótki chichot
- Wczoraj nie jadłem obiadu, więc tutaj akurat nie trafiłeś - powiedział dumnie
- Dobra, bez zbędnego pierdolenia. Zaraz u Ciebie będę
Chciałem się rozłączył, ale usłyszałem jak ten coś mówi, więc znowu przyłożyłem telefon do ucha
- Czego jeszcze? - powiedziałem ze znudzeniem 
- Pamiętasz gdzie mieszkam? - spytał
- Mieszkałem u Ciebie blisko rok, więc na pewno nie pamiętam gdzie znajduje się twój dom - odpowiedziałem z sarkazmem
- No tak, ten fakt też ulotnił mi się z głowy...
- Co ty masz jebanego alzheimera? - zrobiłem niedowierzającą minię, chociaż i tak Ryan nie mógł tego zobaczyć
- Pragnę ci przypomnieć, że to ty nie pamiętasz imion połowy lasek z którymi spałeś - zaznaczył
- Jak przyjdę, to nakopię ci do dupy, przysięgam - warknąłem, ale pod nosem i tak widniał mój delikatny uśmieszek
Tym razem na serio nacisnąłem czerwoną słuchawkę, dzięki czemu zakończyłem wymianę zdań z brunetem. Nie widziałem się z nim dokładnie 5 lat i 2 miesiące...
Cholera, spory kawał czasu i muszę się przyznać, że brakowało mi go i naszych wspólnych wypadów. Znamy się od podstawówki i to właśnie on przygarnął mnie pod swój dach, kiedy nie miałem gdzie żyć, bo rodzice wyrzucili mnie na zbity pysk.
Jestem mu wdzięczny za to, że po prostu nie wystawił mnie i zachował się jak prawdziwy przyjaciel, a nie jak bezwartościowa ciota, która w najgorszym momencie twojego życia odwraca się do ciebie dupą i ma cię głęboko w niej. Takich ludzi szanuje i Ryan jest w tym momencie najważniejszą osobą dla mnie...

Cassie Pov
W błyskawicznym tempie wybiegłam ze sporego budynku, natychmiast biegnąc do samochodu. W drodze do mojego auta wyjęłam klucze, następnie trzęsącymi się rękoma włożyłam je do zamka i szybko otworzyłam drzwi, jednym podskokiem siadając na miejscu kierowcy. Kiedy pomyślę sobie, że mój skarb siedzi teraz sam i płaczę w kącie, to serce pęka mi na milion kawałeczków. Ile ja bym dała, żeby Lily miała lepsze życie...
Nacisnęłam pedał gazu i wyruszyłam na ruchliwą ulicę Nowego Yorku, nie mogąc skupić się na niczym innym, niż moje słoneczko. Bycie samotną matką jest trudne, nie mogę zaprzeczyć, ale kiedy widzę małą brunetkę skaczącą po moim skromnym mieszkanku, to od razu moje życie nabiera sensu. Nigdy nie powiedziałabym, że w wieku 16 lat stanę przed tak trudnym zadaniem, jakim jest wychowywanie dziecka, ale nawet przez chwilę nie pomyślałam o jego usunięciu albo oddaniu do domu dziecka.
Kiedy pierwszy raz spojrzałam na delikatną twarzyczkę mojej córeczki, to od razu wiedziałam, że już na zawsze pozostanie ona moją niezastąpioną księżniczką, którą będę kochać przez całe życie...

1 godzinę później
Do mojego beznadziejnego dnia doszły jeszcze długie korki, przez co moja droga przedłużyła się o cholerne 30 minut. W pewnym momencie opuściłam szybę i zaczęłam krzyczeć, żeby wszyscy ruszyli swoje zasrane dupy, ale jakaś starsza kobieta uprzejmie mnie uspokoiła i dodała, że ją takie coś też wkurza i całkowicie mnie rozumie. Dobrze, że nie natrafiłam na jakąś zrzędę, bo tylko tego by mi brakowało...
Jak poparzona wparowałam do budynku z wielkim napisem PRZEDSZKOLE. Kiedy przekroczyłam próg drzwi od sali zabaw, w mgnieniu oka zostałam zeskanowana morderczym wzrokiem kobiety o blond włosach
- Mamusiu! Jesteś!
Zza rogu wybiegła ciemnowłosa dziewczynka, której długie włosy były splecione w dwa, ledwo już trzymające się warkoczyki zaplecione przeze mnie rano. Rozłożyłam ręce, w które później wpadła moja córeczka. Uniosłam ją do góry, wtulając drobną osóbkę w moje ciało. Nikt nie opisze tego jak bardzo ją kocham i jak wiele mogłabym dla niej poświęcić. Moje maleństwo płakało przeze mnie...już 3 raz w tym miesiącu...
Jestem tak strasznie zła na siebie, bo Lily nie jest niczemu winna, a musi tak cierpieć...
- Panno Collins...
Usłyszałam zawiedziony głos przedszkolanki, na który jedynie przymknęłam powieki, ponieważ wiedziałam, że ta sytuacja jest tylko z mojej winy, bo jestem taka głupia i zatrudniłam się właśnie u takiej osoby, jaką jest mój szef
- Wiem, że znowu zawaliłam sprawę, ale musiałam dłużej zostać w pracy...
Ucałowałam policzek mojego maleństwa, jeszcze szczelniej zamykając ją w moich ramionach. Cała się trzęsła i jeszcze delikatnie szlochała, ale dzięki mojej bliskości powoli się uspokajała...
- Który to już raz? - blondynka przechyliła głowę w bok
- Jestem świadoma tego, że trzy razy w przeciągu zaledwie 30 dni to jest dużo, ale mój szef po prostu nie przestrzega zasad i nagle mówi mi, że mam zostać o 2 godziny dłużej w pracy, w ogóle wcześniej nie informując mnie o takim obrocie spraw - wytłumaczyłam - przysięgam Pani, że naprawdę nie miałam na to wpływu... 
Szepnęłam łamiącym się głosem, spuszczając wzrok na bawiącą się moimi włosami dziewczynkę, na której widok od razu się uśmiechnęłam
- Dobrze, rozumiem - uniosła kąciki ust ku górze - ale proszę starać się, żeby więcej takie sytuacje się nie powtarzały - powiedziała - nie chodzi tutaj o sam fakt, że pracuję na nad godzinach, ale o to, że Lily za każdym razem popada w panikę, a dzisiaj nawet mówiła, że Pani na niej nie zależy - posmutniała - a to naprawdę szkodzi dziecku...
- Dlatego obiecuję, że od tej pory będę przychodzić punktualnie - sapnęłam
Kobieta posłała mi ciepły uśmiech, oddalając się zapewne do swojej przebieralni. Pogilgotałam małą po brzuszku, na co ta słodko zachichotała i zaczęła wiercić się w moich rękach. Jej szczęście napawa mnie samą dobrą energią
- Mamusiu? - usłyszałam cieniutki głosik 
- Tak, słońce? - spojrzałam prosto w jej brązowe jak czekolada oczy
- Dzisiaj Carmen powiedziała mi, że nie mam tatusia, bo on mnie nie kocha...
Wciągnęłam głośno powietrze, nie pokazując po sobie swojego przerażenia. Lily nigdy nie wspominała o swoim ojcu, ale kiedyś ten moment musiał nadejść...w końcu nie będzie do końca życia myśleć, że to jest normalne nie mieć ojca...
- Tatuś kocha cię bardzo mocno, po prostu wyjechał, ale ciągle o tobie myśli i mówi, że ma najśliczniejszą i najlepszą córeczkę na świecie 
Próbowałam ją pocieszyć, chociaż sama w środku byłam zdruzgotana. Nie mogłam jej powiedzieć, że tata trafił do więzienia i nawet nie wie o jej istnieniu. To jeszcze małe dziecko i nie rozumie takich rzeczy, a nie chce rujnować jej życia takimi opowiastkami. Jak będzie starsza i będzie chciała dowiedzieć się szczegółów o swoim ojcu, to proszę bardzo, ja opowiem jej wszystko od początku do końca, ale na pewno nie teraz, bo to zdecydowanie za wcześnie. Jej oczka zaszkliły się od słonych łez, które chwilę później toczył ścieżki na jej śniadej buźce. Najchętniej sama bym się rozpłakała, ale muszę być silna...dla mojego jedynego promyczka w tej całej szarej rzeczywistości, która codziennie zalewa mnie jak tsunami i topi w kolejnych problemach...
- Nie martw się - pogłaskałam ją czule po główce - tatuś na pewno niedługo przyjdzie i zabierze Cię na duże gofry z bitą śmietaną i truskawkami...
Trudno było mi to mówić, kiedy wiedziałam, że są to tylko nasze marzenia, które nigdy się nie spełnią... 




No i mamy 1 rozdział, mojego 1 opowiadania na tym blogu!
Powiem wam, że stresuję się waszą opinią, ale najpierw zobaczę czy ktokolwiek tu zajrzy😂
Koniecznie zostawcie komentarz ze swoim zdaniem na temat tego FF, bo naprawdę mi na tym zależy kochani💙
Do następnego!💙
I tak na marginesie, nazywam się Ewelina😁

Komentarze